O Rasie

Pochodzenie

Zdrowie

Żywienie

Psychika

 Szkolenie

Hodowla

Szczenięta

Pielęgnacja

Wystawy

Statystyka

Biblioteka

Ranking

Galeria

Kynologia

Prawo

Pobieralnia

S.O.S

Rozmaitości

Linkownia

 

O tym, jak postanowiłem nie być hodowcą psów rasowych

 

Opracowałem plan, idealny pod każdym (jak wtedy myślałem) względem - nabywam suczkę - naturalnie będzie najpiękniejsza, zdobywamy wystawowe szczyty, zakładam hodowlę, dobieram najpiękniejszego reproduktora, odchowuję cudowny miot szczeniąt, które szybko trafią do dobrych domów.... przecież to takie proste... postanowiłem wdrożyć go w życie.

 

Na ten dzień czekałem... o rany... wydawało mi się, że wieczność... przewertowałem wszystkie możliwe i dostępne dla mnie materiały... spędziłem wiele, wiele godzin, na rozmowach telefonicznych z hodowcami, zostałem stałym bywalcem wystaw... w końcu, jak mi się wydawało, przygotowany od strony "technicznej" i emocjonalnej wybrałem hodowlę i cierpliwie czekałem na narodziny czarnych kulek.

 

Telefon od mojego wybranego hodowcy z nowiną, iż właśnie na świecie się pojawiły - zastała mnie w pracy. Nareszcie! - krzyknąłem nie zwracając uwagi na dziwne spojrzenia moich biurowych kolegów. W tym dniu pędziłem do domu niemal, jak "na skrzydłach" - jeszcze tylko kilka tygodni i moja mała wymarzona kulka będzie ze mną w domu...

 

Tygodnie przeleciały, nawet - o dziwo - szybko, nadszedł dzień, kiedy wsiadłem do samochodu i udałem się w prawie 400 km podróż po moją małą dziewczynkę. Pokładałem w niej takie wielkie nadzieje... Po dotarciu na miejsce, bez żadnego odpoczynku, wkroczyłem do pokoju, w którym "roiło" się od czarnych, puchatych maleństw. Ehhh... w oczach mi się dwoiło, troiło... każde kolejne szczenię wzięte na ręce było dla mnie tak samo ładne i tak samo słodkie. W tym momencie zdałem sobie sprawę z faktu, iż książkowe przygotowanie na nic się zdało, bo patrząc na maluchy nie potrafiłem dokonać słusznego wyboru. I tu zaświeciła się czerwona lampka... przecież wybieranie szczenięcia wystawowego, które miało się stać w przyszłości początkiem mojej własnej hodowli, nie mogłem powierzyć ślepemu losowi.... intuicja mówiła swoje, a serce swoje... ostatecznie zaufałem hodowcy.

 

Po kolejnych godzinach spędzonych w drodze powrotnej dotarliśmy szczęśliwe - ja i moja mała dziewczynka - do domu. Wszyscy domownicy byli zachwyceni, a  ja cieszyłem się jak małe dziecko, serce waliło, a po ciele latały mrówki. 

 

Po wielu latach snucia planów i układania strategii moje marzenie zaczęło się realizować. Z każdym dniem piałem nad moją małą, jaka ładna, jaka mądra, jaka urocza... każdy dzień utwierdzał mnie również w przekonaniu, że teraz tylko dni dzielą mnie od zrealizowania marzenia o posiadaniu własnej hodowli.

 

Bardzo szybko popędziłem z Metryczką mojej małej do pobliskiego Oddziału Związku Kynologicznego. Z uśmiechem na ustach przekroczyłem progi biura, w którym tłoczno było od osób przemieszczających się w różnych kierunkach. Dotarłem do pani odpowiedzialnej za przyjmowanie nowych członków, a ta popatrzyła na mnie poważnym wzrokiem, wzięła metryczkę, zainkasowała pieniążki i pozbawionym emocji głosem oznajmiła, iż rodowód będzie do odebrania za jakiś czas i mam się dowiadywać. No cóż, pomyślałem - nikt nie jest doskonały, a  takich jak ja to pewnie dziesiątki dziennie się przez to biuro przewijają...

 

Czas dorastania mojej małej spędziliśmy owocnie... zgodnie z zaleceniami hodowcy zaliczyliśmy szkolenie, przeszliśmy szybki kurs nauki  z zakresu psiego savoir vivreu i przygotowania do wystaw. Kiedy w końcu nadszedł odpowiedni moment, bez wahania zgłosiłem moją, już nie taką małą dziewczynkę, na pierwszą wystawę... Jak teraz wracam do tych wspomnień, to znowu czuję ten sam dreszczyk emocji... pierwszej wystawy, a raczej wyniesionych z niej doświadczeń nie zapomnę nigdy... Z tego przejęcia całym przedsięwzięciem dwa razy przeszliśmy stadion zanim w końcu trafiliśmy dzięki pomocy "dobrej duszy" na właściwy ring. Po trudach poszukiwania skrawka wolnego miejsca rozłożyłem kocyk, usadowiłem moją dziewczynkę i naładowany pozytywnymi emocjami zostawiłem ją pod dobrą opieką mojej połówki, a sam wyruszyłem zawierać nowe znajomości... I tu pierwsza konsternacja... niektórzy uśmiechali się do mnie z daleka, inni badawczo mierzyli mnie wzrokiem, a kiedy zorientowali się, że podążam w ich kierunku gorączkowo szukali zajęcia... W duszy zacząłem się zastanawiać: persona non grata? No nic, nie ma co się zrażać i skoro nie tym razem, to może następnym uda mi się kogoś bliżej poznać.

 

Ocena w ringu przebiegła nie wiadomo kiedy.. w moim dotychczasowym wyobrażeniu o tej chwili, zbyt szybko i zbyt mało wnikliwie. Sędzia spojrzał na moją małą, zrobiliśmy jedno kółko, po czym kazał ją ustawić, dotknął tu i ówdzie, podyktował kilka słów do karty oceny, wręczył jakiś bardzo mało wysmakowany w kunszcie artystycznym medalik i już byliśmy poza taśmą odgraniczającą czekających od wystawiających.

 

Zza ringu obserwowałem, zaś dwa ścierające się "światy", z jednej strony widziałem ludzi z kamienną twarzą trzymających kilka psów ściśniętych w małej klatce i nerwowo spoglądających na zegarek, z drugiej strony dostrzegłem kilka osób które, jak mi się wydawało, były mojego pokroju, pogodne i uśmiechnięte przytulały do siebie ukochane zwierzaki.

 

W pewnym sensie na tej pierwszej wystawie widzianej, niejako "od kuchni" z poziomu wystawcy, a nie tylko widza, dotarło do mnie, że społeczność hodowców to zderzenie dwóch biegunów. Z każdą kolejną wystawą utwierdzałem się tylko w przekonaniu, że tak pięknie przedstawiany świat hodowców i wspólnej łączącej ich pasji można włożyć między bajki... Było to doświadczenie, które wstrząsnęło moim poukładanym światem -  kubeł zimnej wody wylany wprost na rozpaloną  głowę.

 

Jako urodzony optymista znowu powtarzałem sobie - świat nie jest doskonały... i postanowiłem konsekwentnie realizować własne założenia, a jednym z nich było zdobycie z moją dziewczynką, nie tylko uprawnień hodowlanych, co w sumie przyszło nam dość łatwo, ale tytułu championa.

 

W międzyczasie przybliżyłem się o kolejny krok do własnej hodowli - zarejestrowałem przydomek!.

 

Kolejne zgłoszenia, kolejne prezentacje i za każdym razem... o mały włos... zawsze plasowaliśmy się gdzieś z przodu lub w tyle, a I miejsce było dla nas przy większych stawkach nieosiągalne... Wiele osób mnie "pocieszało" - popatrz ilu ci zazdrości... zawsze jesteś ze swoją suką, gdzieś na lokacie, dostajesz oceny doskonałe, a inni ledwo łapią się na ocenę bardzo dobrą... Stary oni by się z tobą chętnie zamienili, a ty kręcisz nosem... No tak, odpowiadałem, może i racja.... w duszy jednak czułem taki mały niedosyt...

 

Zacząłem wnikliwie analizować pochodzenie mojej dziewczynki, zacząłem porównywać jej budowę, ruch, psychikę, temperament z konkurentkami, które na wystawach okazywały się lepsze. Nagle z przerażeniem odkryłem, że hodowla to nie tylko skojarzenie dwóch rodowodowych psów!

 

Coraz bardziej docierało do mnie, że moja  dziewczynka - w moich oczach najlepsza i najpiękniejsza - w świecie hodowli i zakładanych przeze mnie standardów, w porównaniu z konkurentkami wypada słabiej, bo jest od nich eksterierowo słabsza.

 

Nagle pojawiły się w mojej głowie takie terminy jak, genetyka, dobór reproduktora do suki, kojarzenia krewniacze, analiza rodowodu, wykonanie odpowiednich badań i najważniejsze: właściwy plan hodowlany wg, którego dopiero prawdziwa hodowla może tak na prawdę funkcjonować.

 

Zbudowana dotychczas wizja bezproblemowego pokrycia mojej przecież najpiękniejszej dziewczynki, równie pięknym reproduktorem i łatwego odchowania przez nią równie ślicznej gromadki maluszków została zaburzona.

 

Nagle okazało się, że istnieje coś takiego, jak  fenotyp w obrębie jednej rasy, a kojarzenie psów powinno być poważnie przeanalizowane pod względem genetycznym. Ba! Dotarło do mnie również to, iż rodzice nie powinni tylko ładnie wyglądać, ale powinni budową i charakterem być, jak najbardziej zbliżeni do wzorca rasy, a oprócz tego powinni być również zdrowi. Zrozumiałem również, że wartość hodowlana planowanych szczeniąt powinna być na prawdę wysoka, bo istnieje szereg chorób, które warunkowane genetycznie mogą się dziedziczyć, a "owocem" nieudolnego doboru partnerów może być nie tylko miot przeciętnych szczeniąt obciążonych chorobami, ale mogą ujawnić się również wady w budowie... Od nadmiaru informacji pobladłem...

 

Oczywiście wg optymisty, to szklanka zawsze jest do połowy pełna, więc nie zastanawiając się długo postanowiłem nadrobić pewne braki edukacyjne i przebadałem moją dziewczynkę na choroby, które najczęściej w mojej rasie występują. Ku ogromnej - nie ukrywam radości - wyniki były może nie były doskonałe, ale na tyle zadowalające, że wykorzystanie mojej suki w hodowli było nadal możliwe... Uffff... kamień spadł mi z serca...

 

Nie kryję, że przyszedł moment, kiedy zacząłem również rozglądać się za reproduktorem "godnym" mojej dziewczynki. To co na początku wydawało się najprostsze, przysporzyło mi najwięcej problemów... Naturalnie miałem kilka swoich "typów", ale w myśli ustalonych wyżej rzeczy odpadały one w przedbiegach... Ja jednak nie poddawałem się... Spędziłem godziny wertując kolorowe strony hodowców, oglądając zdjęcia, czytając opisy, które w zasadzie zachęcały do skorzystania tylko i wyłącznie z usług ich psa. Dzwoniłem, rozmawiałem, pytałem... Z każdym telefonem mój entuzjazm opadał, bowiem każdy twierdził, że nie widzi żadnych przeciwwskazań, aby jego pies pokrył moją suczkę, a tylko nieliczni pytali o pochodzenie mojej dziewczynki, doszukiwali się sensu krycia ich psem, otwarcie mówili o wadach i zaletach takiego skojarzenia.

 

Analizując rodowód mojej niuni dotarła do mnie jeszcze jedna istotna informacja. Znalezienie dla niej odpowiedniego reproduktora w kraju, tak by nie robić skojarzenia krewniaczego, o którym tak na prawdę poza fachowym określeniem niewiele wiedziałem, a mimo to otrzymać wartościowe potomstwo jest na dzień dzisiejszy równe zeru... Niestety na wyprawy zagraniczne w celach matrymonialnych w danym momencie stać mnie nie było... W końcu moja intuicja zaczęła mi podpowiadać, a potem i rzeczywistość potwierdziła, że chcąc zrealizować ambitne plany hodowlane tak naprawdę, to powinienem nabyć - teraz z już posiadaną wiedzą - kolejną dziewczynkę. I pewnie przy sprzyjających okolicznościach tak by się właśnie stało, ale wówczas ani warunki lokalowe, ani sytuacja finansowa na taki ruch mi nie pozwalały...

 

Podczas tych moich pierwszych, nieporadnych poszukiwań, udało mi się zawrzeć, także wartościowe znajomości z osobami będącymi hodowcami przez duże "H" i to dzięki ich zapałowi, i nieograniczonej miłości do psów nauczyłem się odróżniać "ziarno od plew".

 

To dzięki ich uprzejmości mogłem obserwować "cud narodzin". Co to były za emocje... Te doświadczenia udowodniły mi również, że wiedza książkowa nijak się ma z  praktyką... Patrzyłem, jak maluszki się rodzą, jak trzeba szybko i sprawnie podejmować decyzje, jak osuszać - nie wyziębić - jak dostawić do mamy, jak pielęgnować. I docierało do mnie, jaki ja na prawdę jestem w tym wszystkim "zielony". Z ogromnym zaangażowaniem obserwowałem, jak te moje - nie moje, maluchy rosną, jak zatroskany hodowca korzystając na ten cel z urlopu wypoczynkowego, po wielu nieprzespanych, a potem niedospanych nocach z troską wybiera dla nich nowe domy....

 

Widziałem też, jak w wielu nowo-powstałych hodowlach, u ludzi, którzy podobnie, jak ja - z wizją budowania "szklanych domów" - zdobywali uprawnienia z suką, bez odpowiedniego przygotowania, decydowali się na miot szczeniąt, a potem przez wiele miesięcy nie mogli dla nich znaleźć nowych domów...

 

Byłem też świadkiem niepowodzeń... Trudnego porodu, ratowania maluszków, stwierdzonych wad, czy chorób ... wielu wylanych łez, żalu i nie kończących się pytań dlaczego?

 

To wtedy dotarło do mnie, że zorganizowanie hodowli "od kuchni" to wielkie logistyczne przedsięwzięcie, to nie tylko suka z uprawnieniami, chęci i kawałek odpowiedniego miejsca na odchowanie miotu, a reszta jakoś sama się ułoży. Często trzeba być istnym omnibusem, w zależności od sytuacji i okoliczności trzeba się wcielić w rolę genetyka, położnika, mamki, liznąć podstawy z zakresu weterynarii, myśleć szybko i logicznie, zachować zimną krew, by w sytuacjach stresowych nie postradać zmysłów. To był przełomowy moment, kiedy postanowiłem, nie być hodowcą!

 

Wiem, że chciałaby Pani usłyszeć, czy nie żałuję? Dzisiaj po wielu latach, kiedy nie ma już ze mną mojej najpiękniejszej niuni wiem, że była to dobra decyzja. Owszem były momenty, w których ogarniało mnie zwątpienie - szczególnie po dociekliwych pytaniach ciekawskich - dlaczego nie???? Kompletnie nie mogli zrozumieć, jak zdrowa suka posiadająca uprawnienia nie miała szczeniąt...

 

Na szczęście w porę zrozumiałem, że hodowanie przez duże "H" należy pozostawić prawdziwym fachowcom, często osobom, które zajmują się tą profesją przez pokolenia. Ludziom, którzy mają, nie tylko solidne przygotowanie teoretyczne z wielu dziedzin, ale władają także bezcenną wiedzą praktyczną. Sam czas weryfikuje, czy podjęta przez nich praca jest czegoś warta.

 

Dzisiaj patrząc z perspektywy czasu widzę, że z osób rozpoczynających przygodę z hodowlą, mniej więcej w tym samym czasie co ja, przetrwała tylko garstka. Spora grupa osób wycofała się, kiedy na własnej skórze przekonała się, z czym wiąże się posiadanie miotu. Za kolejne osoby odpadające z hodowli decydował los, a w zasadzie ekonomia, która boleśnie udowodniła im, że na solidnej hodowli nie da się zbić kokosów i jest to bardziej kosztowne hobby, niż pomysł na dochodowy interes. Była jeszcze pewna grupa osób, która miała i warunki, i finanse, i nawet prawidłowe przygotowanie, ale nie mieli tzw. ręki i szczęścia w hodowli, która zwyczajnie im nie szła, a hodowane przez nich kolejne pokolenia były gorsze od wyjściowego stada hodowlanego.

 

Na koniec mogę z całą stanowczością powiedzieć, że wszystkie lata spędzone z moją niunią były wspaniałe, i mimo iż nie dała mi nigdy szczeniąt, ani nie spełniła marzeń o "wielkiej idealnej hodowli", to wniosła w moje i mojej rodziny życie bezcenny dar - psiej miłości, wierności i bezgranicznego oddania, czego w pierwszej kolejności wszystkim przyszłym chcącym się zmierzyć z hodowlą Sewerynom Barykom życzę.

 

wysłuchała i w jedną całość spisała Katarzyna Sokólska

 

 

Copyright by Świat Czarnego Teriera. All Rights Reserved.

Kopiowanie ze strony zdjęć, grafiki, treści i innej zawartości Portalu Świata Czarnego Teriera, bez zgody właściciela jest zabronione.

Projekt i wykonanie Narodziny Gwiazdy

Stronę najlepiej oglądać w rozdzielczości 1024 x 768